W czasach, kiedy uczeszczalam do szkoly artystycznej, uwielbialam ta wszechogarniajaca "nietypowosc", kreatywnosc, odmiennosc i szalenstwo. A najlepsze bylo to, ze kazdy z nas mial swoj wyjatkowy styl i mnostwo pomyslow na ciekawe i barwne zycie...
Jak siegam pamiecia, pierwsze co mi sie kojarzy z TAMTYMI czasami to - beztroska i fantazja... Szczegolnie, nieprzebrane rzeki tego drugiego :) Wiadomo, studenckie zycie nie pozwalalo mi na szastanie pieniedzmi, ktore w wiekszosci szly na oplacenie czesnego. A w cos sie trzeba bylo przeciez ubrac! I z czegos wykonywac projekty na zaliczenia! A zycie w Warszawie tanie tez nie jest... Jednak ratunkiem z opresji okazaly sie niezliczone rzesze ... Second Hand-ow :) Tak! Ile radosci sprawialo mi buszowanie wsrod wieszakow, moglam spedzic godziny na przegladaniu kazdej jednej rzeczy i ewentualnym "projektowaniu" w glowie calych zestawow lub stylizacji do szkoly. A ile satysfakcji mialam wychodzac z torba pelna perelek i reszta pieniedzy wciaz w portfelu :) A jaka dumna sie czulam kiedy moje "garderobiane kawaleczki" ukladaly sie ladnie w spojna calosc i slicznie prezentowaly na zdjeciach sesji zaliczeniowych...
Eh, tak.... Co to byly za czasy... :)
Czy uwiezycie mi, ze po 4 latach mieszkania w Anglii na nowo odkrywam dobrodziejsto lumpeksow? Miasteczko, w ktorym mieszkam nie jest za duze, wiec nie ma tu takiego wyboru. Na dodatek angielskie ciucholandy wygladaja inaczej, przynajmniej mi nie sprawialo frajdy ich odwiedzanie - do czasu! Jakos ze 2 tygodnie temu odkrylam swietny Second Hand, pod moim nosem! Mijalam go z dziesiatki razy, ale zrazona wczesniejszymi doswiadczeniami i niepowodzeniami, nawet nie mialam ochoty zajrzec do srodka. Az pewnego dnia... weszlam :) i nie zaluje, zaraz pokaze dlaczego. Najpierw krociutko o tym, co powiedziala mi kobieta zajmujaca sie sprzedaza (i o sensie istnienia angielskich lumpeksow):
Tutaj na sklepy z uzywana odzieza, ksiazkami oraz ozdobami mowi sie Charity Shop. Kazdy taki przybytek jest patronem pewnej akcji np. badan nad rakiem, ratunkiem dla bezdomnych ludzi i zwierzat oraz przeroznych fundacji o przeroznych celach. Wszystkim sie wydaje, ze cokolwiek taki sklep zarobi idzie na szczytny cel, jaki mu przyswieca... A to chyba nie do konca nieprawda. Okazuje sie, ze najwiekszy procent od zarobkow idzie na tzw. expenses, czyli lokal, energia, transport itp. i kolejna duza sumka to wyplaty pracownikow! Wiec koniec koncow wychodzi, ze na kazdy przykladowo zarobiony 1000 funtow, TYLKO ok 60 funtow idzie dla potrzebujacych, a reszta jest wydana... To chyba nie fair?!
Jednak kiedy odwiedzilam moj nowo odkryty second hand, pierwsze co mi rzucilo sie w oczy to METKI! Doslownie ubrania sa powieszone na slicznych, jedwabnych wieszakach, prawie kazda sukienka w plastikowym pokrowcu i o dziwo, mnostwo nowych rzeczy z metkami! Przezylam szok, bo nie taki obraz utkwil w mojej pamieci, przez ostatnie 4 lata, hm... Co sie okazalo (przemila pani za lada zwierzyla mi sie) - ten wlasnie sklep oddaje fundacji wiekszosc zysku, przez co cieszy sie bardzo dobra renoma (na dodatek sama sprzedawczyni jest wolontariuszka, juz od lat). Malo tego, designerskie butiki ofiarowuja nowe ubrania, jako swoj wklad "w dobro". Stad tyle ciuszkow z oryginalnymi metkami. Czy nie brzmi to zachecajaco?
Tak czy inaczej wyszperalam sobie 3 perelki. Jednak dzis chcialabym zaprezentowac tylo jedna z nich i moze ktoras z Was przez przypadek mi pomoze? Bo chcialabym sie dowiedziec, czy ta torebka Louis Vuitton jest oryginalna? ... :) Acha, dalam za nia 7.50 funta :)
Read More
Jak siegam pamiecia, pierwsze co mi sie kojarzy z TAMTYMI czasami to - beztroska i fantazja... Szczegolnie, nieprzebrane rzeki tego drugiego :) Wiadomo, studenckie zycie nie pozwalalo mi na szastanie pieniedzmi, ktore w wiekszosci szly na oplacenie czesnego. A w cos sie trzeba bylo przeciez ubrac! I z czegos wykonywac projekty na zaliczenia! A zycie w Warszawie tanie tez nie jest... Jednak ratunkiem z opresji okazaly sie niezliczone rzesze ... Second Hand-ow :) Tak! Ile radosci sprawialo mi buszowanie wsrod wieszakow, moglam spedzic godziny na przegladaniu kazdej jednej rzeczy i ewentualnym "projektowaniu" w glowie calych zestawow lub stylizacji do szkoly. A ile satysfakcji mialam wychodzac z torba pelna perelek i reszta pieniedzy wciaz w portfelu :) A jaka dumna sie czulam kiedy moje "garderobiane kawaleczki" ukladaly sie ladnie w spojna calosc i slicznie prezentowaly na zdjeciach sesji zaliczeniowych...
Eh, tak.... Co to byly za czasy... :)
Czy uwiezycie mi, ze po 4 latach mieszkania w Anglii na nowo odkrywam dobrodziejsto lumpeksow? Miasteczko, w ktorym mieszkam nie jest za duze, wiec nie ma tu takiego wyboru. Na dodatek angielskie ciucholandy wygladaja inaczej, przynajmniej mi nie sprawialo frajdy ich odwiedzanie - do czasu! Jakos ze 2 tygodnie temu odkrylam swietny Second Hand, pod moim nosem! Mijalam go z dziesiatki razy, ale zrazona wczesniejszymi doswiadczeniami i niepowodzeniami, nawet nie mialam ochoty zajrzec do srodka. Az pewnego dnia... weszlam :) i nie zaluje, zaraz pokaze dlaczego. Najpierw krociutko o tym, co powiedziala mi kobieta zajmujaca sie sprzedaza (i o sensie istnienia angielskich lumpeksow):
Tutaj na sklepy z uzywana odzieza, ksiazkami oraz ozdobami mowi sie Charity Shop. Kazdy taki przybytek jest patronem pewnej akcji np. badan nad rakiem, ratunkiem dla bezdomnych ludzi i zwierzat oraz przeroznych fundacji o przeroznych celach. Wszystkim sie wydaje, ze cokolwiek taki sklep zarobi idzie na szczytny cel, jaki mu przyswieca... A to chyba nie do konca nieprawda. Okazuje sie, ze najwiekszy procent od zarobkow idzie na tzw. expenses, czyli lokal, energia, transport itp. i kolejna duza sumka to wyplaty pracownikow! Wiec koniec koncow wychodzi, ze na kazdy przykladowo zarobiony 1000 funtow, TYLKO ok 60 funtow idzie dla potrzebujacych, a reszta jest wydana... To chyba nie fair?!
Jednak kiedy odwiedzilam moj nowo odkryty second hand, pierwsze co mi rzucilo sie w oczy to METKI! Doslownie ubrania sa powieszone na slicznych, jedwabnych wieszakach, prawie kazda sukienka w plastikowym pokrowcu i o dziwo, mnostwo nowych rzeczy z metkami! Przezylam szok, bo nie taki obraz utkwil w mojej pamieci, przez ostatnie 4 lata, hm... Co sie okazalo (przemila pani za lada zwierzyla mi sie) - ten wlasnie sklep oddaje fundacji wiekszosc zysku, przez co cieszy sie bardzo dobra renoma (na dodatek sama sprzedawczyni jest wolontariuszka, juz od lat). Malo tego, designerskie butiki ofiarowuja nowe ubrania, jako swoj wklad "w dobro". Stad tyle ciuszkow z oryginalnymi metkami. Czy nie brzmi to zachecajaco?
Tak czy inaczej wyszperalam sobie 3 perelki. Jednak dzis chcialabym zaprezentowac tylo jedna z nich i moze ktoras z Was przez przypadek mi pomoze? Bo chcialabym sie dowiedziec, czy ta torebka Louis Vuitton jest oryginalna? ... :) Acha, dalam za nia 7.50 funta :)
Oto ONA
Torebeczka moim zdaniem jest przeslodka - taka malutka, doslownie na komorke i chusteczki, ale ma w sobie tyle uroku... Zakochalam sie w niej od pierwszego wejrzenia, choc musze sie przyznac, ze za pierwszym razem jej nie wzielam i opuscilam sklep. Brak gotowki nie byl najlepsza wymowka i po kilku minutach po nia wrocilam :) Nawet przemila pani "wiedziala, ze ja wezme, bo do mnie pasuje".
Zamieszczam kilka zdjec, wiec pomozcie! :)
Do tej torebki dolaczona byla taka wieksza, lniana, z logo projektanta - widac ponizej.
Staralam sie pokazac wszystkie szczegoly (w razie pytan - piszcie), moze ktoras z Was ma podobna i moze mnie oswiecic? Bo szczerze mowiac, nie mam zielonego pojecia jak poznac falszywke... A jesli ta nia jest, to naprawde bardzo dobrze wykonana :) Bo material i wykonczenie wydaja sie bardzo porzadne, oczywiscie pomijajac male detale, ale ta torba byla przeciez uzywana (moze kilka razy).
Jeszcze o jednej rzeczy chcialabym wspomniec - pracuje nad rozwinieciem bloga i jego urozmaiceniem. Mam nadzieje, ze juz niedlugo zobaczycie calosc w nowej odslonie :)
A poki co przesylam pozdrowienia i zyczenia udanego - ostatniego dnia tygodnia :D






